Kacha na ławę: sprawdzam gliwickie kawiarnie | 5 miejscówek

Cześć! Szanowni Państwo. Zacznę od tłumaczenia się, żeby nie było rozczarowań, łez, trudnych pytań czy narzekania typu „Straciłam 6 minut życia na czytanie tych amatorskich wypocin”, chociaż uprzedzam, że na 6 minut czytania to u mnie akurat licha szansa, może, że czytasz same pierwsze zdania akapitów, ale to wtedy trochę shame on you.
No więc, że tak powiem, kawa na ławę.
Nie jestem doświadczoną baristką, nie robię profesjonalnych wzorków 23 rodzajów liści na kawie na zawodach baristycznych w Hondurasie (wymyśliłam je), nie znam się na sprzęcie, rodzajach kawy ani metodach parzenia tak jakbyście sobie tego może życzyli, nie odwiedzam też lokalnych kawiarni za granicą, nie rozmawiam z tamtejszymi baristami o tamtejszych rodzajach kawy, nie wystawiam samych jedynek na TripAdvisor, tylko dlatego, że ziarna nie należały do specialty coffee high quality 10/10, chociaż na końcu będzie mały disclaimer na ten temat, bo jeśli już mam z czegoś szydzić, to na pewno nie z kaw specialty.

Czemu zatem macie czytać, ba!, z jakiej racji możecie sugerować się moim zdaniem?
Po pierwsze, po prostu kocham kawę. Piję ją od jakichś dziesięciu lat, a jestem under 25. Podczas, gdy wy, możliwe, że zaciągaliście się względnie przyjemnym zapachem najtańszej zbożowej mrucząc przy tym „Mmm, kawusia”, ja sączyłam prawdziwą, aczkolwiek przyznam bez bicia, nieco sprofanowaną, bo rozpuszczalną i to (heart attack alert) z pięcioma łyżeczkami cukru. Jednak – co kofeinka, to kofeinka, tak sobie to tłumaczę. Dziś – na czysto, bez grzechów, zawsze z mlekiem, choć z pewnymi wyjątkami, bo ostatnio intensywnie wgłębiam się w temat alternatywnych metod parzenia kawy, a takie to wiadomo – czarne tylko. No i nie słodzę. A jak barista poda cukier na talerzyku obok filiżanki, to wiele mi to o nim mówi. Między innymi to, że to, co przygotował, jest tak słabe w smaku, że warto to zasłodzić białym proszkiem, żeby już do końca ten smak zabić.
Odkąd piję kawę, zaczęłam też regularnie odwiedzać kawiarnie. Moje miasto nie należy do dużych, ale przez dziesięć lat trochę się tych miejsc nazbierało, wiele z nich zostało już zamkniętych, powstało za to kilka nowych. Część z nich ostała się do dziś, te więc odwiedzam i oceniam niczym pseudogesslerowa od kawy.
Ponadto, żeby trochę dodać mi do autentyczności i wiarygodności, nadmienię, iż pracowałam w tym roku jako baristka. Niedługo, ale wystarczająco, by poznać podstawy dotyczące kawy i samej zrobić setki kofeinowych napojów, kilka razy będąc ochrzanioną za zbyt zimne mleko, ale i kilka razy będąc pochwaloną za „najlepszą kawę w życiu”, chociaż uważam taki komplement za mocno naciągany.

Piszę nie z perspektywy znawcy, piszę z perspektywy normalnego klienta, który lubi dobrą kawę w ładnym wnętrzu. Piszę z perspektywy klienta, który pod groźbą utraty życia z przymusu wypije latte, którego zrobienie polegało na ustawieniu kubka na metalowej kratce i naciśnięciu guzika, ale nie będzie na nie chodził regularnie. Nie spodziewajcie się słownej chłosty pod adresem każdego z tych miejsc, spodziewajcie się szczerej opinii osoby, która jeśli coś krytykuje, to nie dla cebulackiego uznania, lajków i szybujących statystyk, lecz dla świadomości potencjalnych klientów i przemyśleń ze strony samych kawiarni. Co prawda wnioski będą na koniec, ale już teraz mogę zapowiedzieć, że stanem gliwickich miejscówek jestem zawiedziona. I to tak so much.
Zapraszam was zatem na mały i nieco smutny spacer po gliwickich kawiarniach. Przedstawię wam pięć miejsc, które oceniałam pod kątem obsługi, wnętrza i kawy.
Z góry zaznaczam, że wszędzie zamawiałam tę samą, czyli flat white (podwójne espresso + spienione mleko, czyli mocna, ale mleczna).

FAJNE CAFE
ul. Plebiscytowa 1/4

Processed with VSCO with m5 presetKawiarnia znajduje się w centrum, w dosyć neutralnej okolicy. Konkurencja czai się dopiero za 400 metrów. Godzina 12:00, niedziela, słoneczny dzień, w kawiarni pustka. Wita nas miła obsługa. Zamawiam kawę, pani za ladą proponuje lody, więc do flata domawiam gałkę słonego karmelu. Wnętrze z początku wydaje mi się przyjemne, jednak z każdą chwilą czuję się bardziej jak w piekarni niż kawiarni. Nowoczesności dodają okna panoramiczne i ładne oświetlenie w pierwszej części wnętrza, jednak za klimatem piekarni przemawiają liczne ciasta wyłożone jak w typowym osiedlowym Szmidcie i nawet ładnie oszklone żaróweczki przestają bronić wizerunku.2018-10-22 01.16.40 1.jpg
W tle niestety nie było żadnej muzyki, co dodawało wnętrzu surowości. Lody okazały się całkiem smaczne, delikatne i nieprzesadzone w smaku, kawa niestety bardzo średnia i trochę za droga jak na oferowane medium quality (12 zł). Baristka zapytana o ziarna, nie do końca wiedziała co sypie do kolby. Po pokazaniu opakowania i małym researchu okazało się, że to mieszanka Arabiki i Robusty w proporcjach 70/30%. Ło panie, co my, południe Włoch, że aż 30%? Wniosek taki, że raczej tam nie wrócę, bo nie ma tam dla mnie nic, co miałoby mnie przyciągnąć. Ziarna Arabiki podobno między innymi z Gwatemali i Nikaragui, sprawę pierniczy ta nieszczęsna Robusta i/albo umiejętności baristy oraz sprzęt, co jest całkiem możliwe, bo mleko było bardzo sztywne, wyglądało jak spienione najtańszym spieniaczem z Biedry za 14,99. Całokształt kawy zatem wypadł na minus, plusem jest, co z perspektywy czasu mogę ocenić, że kawę było w ogóle CZUĆ, co niestety nie było standardem, mimo podwójnego espresso, które w każdej kawie jaką zamawiałam miało być bazą. Aha, no i te syropowe wzorki całkiem zbędne.

Processed with VSCO with m5 preset


COFFEINA
ul. Grodowa 18

2018-10-22 01.16.35 1.jpg

Processed with VSCO with m5 preset
Kolejnym punktem na naszej mapie jest Coffeina, oddalona od Fajne Cafe o 750 metrów w stronę Rynku. Odwiedziłam ją w poniedziałek, w godzinach przedpołudniowych i muszę przyznać, że mimo pory, był spory ruch. Pomieszczenie małe, utrzymane w bezpiecznych, stonowanych odcieniach szarości, bieli i czerni.
Za ladą znajoma twarz, gdy byłam tu ostatnio (jakieś pół roku temu) pani była ta sama, co wskazuje na stałą ekipę pracowników, co zaś dobrze świadczy o miejscu. W tle muzyczka dostosowana do klimatu kawiarni, na siedzeniach kocyki, które dodawały domowego charakteru. I tyle pozytywów. Kawa, mimo, że stuprocentowa Arabika, była bardzo kiepska. Spienionego mleka zdecydowanie za dużo jak na flat white. Obsługa, mimo, że stała, była niestety niedoinformowana co do ziaren, które oferuje, jednak po późniejszym zasięgnięciu informacji, okazało się, że jest to blend Gwatemali, Kolumbii i Etiopii. Jak na oferowaną jakość, cena 11 zł to trochę sporo, kawa przypominała raczej słabe cappuccino, aniżeli aromatyczne flat white. Kopa nie poczułam, wyszłam zawiedziona. Nazwa kawiarni zobowiązuje, a kofeiny pod postacią dobrej kawy, jakby mi nie dostarczono. Po wyjściu myślałam gdzie by tu pójść się napić kolejnej. Nie ogarnęło mnie zatem kofeinowe szczęście, ogarnął mnie smutek, jednak jest w tym weltszmercu wesoły akcent, a mianowicie menu. Pozycje takie jak „Americana” – domniemywam, że błąd w druku? Przy komponowaniu nowego menu zalecam odsłuchanie utworu „We no speak Americano”, może uda się wbić do podświadomości poprawną nazwę. Dalej, „Biała kawa”. Say what? A dwie pozycje wyżej cappuccino, cztery pozycje wyżej latte. Faktycznie, jest sens sytuowania białej kawy w karcie.Processed with VSCO with m5 preset


CAFE&COLLATION
Plac Inwalidów Wojennych 5A

Processed with VSCO with m5 preset

2018-10-22 04.52.25 1.jpg
350 metrów dalej docieram do kolejnego punktu na kawowej mapie Gliwic. Miejsce wspominam dobrze, bywałam stałą klientką, gdy punkt mieścił się jeszcze w poprzedniej lokalizacji. Wnętrze Cafe&Collation to prawdziwa gratka dla osób lubujących się w dystyngowanych wnętrzach. Klimat podkreśla dobrze dopasowana muzyka w tle. W menu kilka słów od założycielki kawiarni – fajno, coś wyjątkowego. Jest też info o kawie, jest to włoska marka Pavin Cafe, mieszanka Arabiki i Robusty w proporcjach 85/15%. Do tego momentu jestem nastawiona pozytywnie, moje oczekiwania nieco wzrastają i może właśnie dlatego po otrzymaniu kawy i pierwszym łyku, rozczarowanie jest podwójne.
Nie oszukam, jeśli stwierdzę, że połowa zawartości filiżanki to spienione mleko. No motyla noga! Wypiłam 3/4 przewracając oczami, odgarniając tę przeklętą pianę i próbując czytać książkę, jednak bez entuzjazmu – kawa była po prostu słaba, pomijając, że dokopanie się do niej poprzez kilometrową warstwę mleka było trochę nużące. Gdy zwróciłam na to uwagę baristce, zdziwiona odpowiedziała „Jak to, przecież podwójne espresso”. Jak jednak później dowiedziałam się z menu, pani musiała po prostu nie wiedzieć czym flat white jest. Podała mi cafe au lait, a według menu to „francuska kawa, aksamitna i mocna, dla tych którzy mają ochotę na paryską przyjemność”. Ja jednak nie miałam ochoty na paryską przyjemność. Miałam ochotę na kofeinowy kopniak w samo sedno mojego kofeinowego żołądka. Nie dostałam. Dostałam jedynie dziwną reakcję obsługi, trochę jakby oburzonej, że coś może się komuś w takim miejscu nie podobać. Dziwne, skoro jesteście tacy francuscy, musicie być przygotowani na odwiedziny francuskich piesków, chociaż chęci napicia się flatłajta nie zaliczyłabym do jakichś wygórowanych próśb.Processed with VSCO with m5 preset

Processed with VSCO with m5 preset


KAWIARENKA ZAMKOWA
Ul. Bankowa 11

Kolejne 300 metrów i mamy kolejną kawiarenkę. Byłam do niej początkowo sceptycznie nastawiona, bo nie lubię kawiarni w podziemiach, jednak o dziwo ostatecznie nie stanowiło to dla mnie większego problemu. Gdy weszłam, dwa stoliki były już zajęte. Powitała mnie uśmiechnięta obsługa, mimo tego pierwsze kilka minut zwiastowało, że może być źle, bowiem po złożeniu zamówienia, pani zdawała się nie wiedzieć o czym do niej mówię, pytając się mnie o co mi właściwie chodzi mówiąc, że chcę flat white. Odpowiedziałam jej więc książkowo, w skrócie, że podwójne espresso, jak najmniej spienionego mleka, dobrze by było, żeby całość nie była większa niż 200 ml. Pani lekko wyśmiała całe te nazewnictwo, dodając coś w stylu „Ludzie, wystarczy powiedzieć mocna kawa z mlekiem”. Niestety, droga Pani, nie wystarczy, bo powiedziałam tak w poprzedniej kawiarni i dostałam głównie mleko.2018-10-26 01.35.04 1.jpgWnętrze całkiem ok, do tego muzyczka w tle. Rozsiadłam się na jednej z sof i zaczęłam czytać jedną z wypożyczonych książek. Podeszła pani zapalając nade mną lampę, co było bardzo miłym gestem, po czym przyniosła kawę, która… była dokładnie taką jaką zamówiłam. Pomyślałam „No, Praise the Lord, końcu coś co przypomina flat white”. Była mocna, aromatyczna i coś tak czułam, że obsługa nie leci w kulki, jeśli chodzi o wybór ziaren. I tak też się okazało. W krótkiej i przyjemnej rozmowie z obsługą okazało się, że ziarna to w 80% procentach Arabika (gwatemalska, kenijska i kolumbijska, całkiem najs!) z dodatkiem Robusty. Zagrało jak powinno. Nie zaorało, ale było naprawdę dobrze. Do tego cena z Marsa – 8zł. Nigdy nie piłam tak taniej jak na oferowaną jakość kawy. Interpretacja latte art co prawda do przyprawiającej o migrenę rozkminy, ale się nie wymądrzam, sama nie jestem w tej kwestii mistrzynią.2018-10-26 01.40.32 1.jpg


SO COFFEE
Ul. Zwycięstwa 10

Ostatnim punktem jest sieciówka. Nie karćcie. Uzasadnię wybór. Generalnie nie jestem fanką dużych sieciówek i żadna aprobata społeczeństwa pod moim adresem z powodu chwytliwego znaczka na papierowym kubku na wynos nie przekona mnie do picia ich kawy. Niestety jest też tak, że kawa podawana w kawiarniach sieciowych jest często po prostu bardzo niskiej jakości, płaska, bez wyrazu lub kwaśna jak cholera. I ludzie dobrowolnie się godzą na picie tego dziadostwa, shame on you, czego dla instagramowych lajków dla logo nie zrobicie to jest kosmos. Wyjątek stanowi So Coffee. Też nie mogę powiedzieć, że każdy ich punkt, bo ten w Kato niestety mnie czasem rozczarowuje, albo leją oszukane 3/4 kubka albo mleko dają jakieś za słodkie, jednak punkt w Gliwicach chyba jeszcze nigdy mnie nie zawiódł, a jestem tam stałą klientką. Co prawda zwykle biorę średnie latte, ale ichniejsze flat white piłam już też kilka razy. Ciekawostką jest to, że w So Coffee wypijemy również flat dark na bazie autorskiego pomysłu tej kawiarni. Może kiedyś.2018-10-27 02.37.18 1.jpg

2018-10-28 12.39.29 1.jpg

2018-10-27 02.35.43 1.jpgWnętrze jest utrzymane w przemyślanej kolorystyce, z elementami drewnianymi, metalowymi oraz motywami roślinnymi. Mi się to akurat bardzo podoba. Obsługa zawsze wita mnie uśmiechnięta, z niektórymi już nawet przeszłam na „ty”, przy czym nie jest to tak sztuczne i wymuszone jak u konkurencji na S. Kawa w So Coffee zawsze bardzo mi smakuje. Mleko bywa czasami sztywne, czasem bywa go za dużo, ale przymykam na to oko, bo ostatecznie i tak tam wracam. Flat white kosztuje 11,90 i jest to dobra cena, jak na oferowaną jakość. Studenci mają zniżkę w postaci 20%, ponadto jest możliwość założenia karty na pieczątki (piąta za pół ceny, dziesiąta gratis).


Wnioski.
Jest kiepsko, co tu dużo mówić. Oczywiście jest jeszcze kilka miejsc na liście do odwiedzenia, które mogą jeszcze podreperować zszargany wizerunek kofeinowy mojego miasta. I wiem, że podreperują, pewnych miejsc nie brałam pod lupę specjalnie, nie chciałam oczywistości na pierwszy rzut.
I teraz ten wspomniany disclaimer: Kawy nie są za darmo, a ja piję ich dużo. Naprawdę nie mam ochoty rozdawać moich pieniędzy na kawę, która ma z dobrym napojem tyle wspólnego co Cafe d’Or z Biedronki. Gdybym chodziła sobie sama dla siebie, odwiedzałabym miejsca, które oferują kawę specialty, czyli tę wysokojakościową. Pierdyliard miejsc ma w swojej nazwie „kawa”, „kofeina”, „cafe”, ale co z tego, jak te wasze cafe jest po prostu lipne. Ładne kubeczki, kocyki z Ikei czy wygodne foteliki nie czynią danego miejsca dobrym. Nie mówię, by wszystkie miejscówki były robione na jedno kopyto, żeby wszystkie były robione według hipsterskiego wzoru połączenia drewna z roślinami (chociaż love), bo prym w istotności ma i tak wieść kawa, skoro macie ją w nazwie. Jak mówię, że kawa ma mi dać kopa, to nie, że oczekuję chamskiej Robusty. Jak mówię, że kawa ma mi dać kopa, to nie mówcie „No to napij się typiaro podwójnego espresso”. Da się zrobić to mlecznie i wyraziście.
Zdaję sobie też sprawę, że nie wszyscy się ze mną zgodzą, bo nie każdy oczekuje od kawy by była kawą w swoim najlepszym wydaniu. Każdy zamawia kawę pod swoim kątem i szanuję. Tylko tu się właśnie możemy różnić. Ja piję kawę, uwielbiam kawę i chcę płacić za jakość. A jeśli czyta mnie jakiś właściciel – kawy specialty nie są super droższe od tego co macie pod ladą.
Jeśli kogoś uraziłam lub napisałam coś, co miało być faktem, a było niezgodne z prawdą (bo to, że opinie według niektórych mogą być niezgodne z prawdą, to już, że tak powiem, nie mój problem), proszę do mnie napisać – przeproszę i sprostuję.

W następnym poście skupimy się na Katowicach, bo mam już gotowy pełny materiał, a potem znowu wrócimy do Gliwic i tak, tym razem będzie kawiarnia na K. 😉

6 myśli w temacie “Kacha na ławę: sprawdzam gliwickie kawiarnie | 5 miejscówek

  1. carol pisze:

    Cześć! Super artykuł. Niestety mam wrażenie, że w dzisiejszych czasach nie tylko kawiarnie mają problem z jakością oferowanych usług. Właściciele chyba w pośpiechu zapominają na czym dokładnie powinni się skupić sprzedając swoje produkty i usługi i wychodzi kółko zamknięte, że: Jakość towaru staje się niższa->Cena się nie zmienia-> Klient jest niezadowolony-> Właściciel biznesu i szef staje się nieznośny w stosunku do pracowników i nie widzi swojej winy w tym jak zarządza-> Pracownicy nie mają motywacji do pracy przez co nie chce im się starać i sprzedają g***o słabej jakości itd. od początku. Muszę opracować sobie trasę kawiarni we Wrocławiu i mam nadzieję, że będzie lepiej niż u Ciebie 😉 A jak będziesz we Wrocławiu to zapraszam na kawę, oczywiście 😀

    Polubione przez 1 osoba

    1. kacha sroka pisze:

      Hej, dzięki za odwiedziny! Niestety, jest w tym co piszesz wiele prawdy. A wszystko zaczyna się czasem chyba od lenistwa. Lepsza jakość nie zawsze równa się z niebotycznymi inwestycjami ze strony właścicieli. Przykładowo, za kawę w miejscu, które oferuje wysokojakościowe ziarna często płacę tyle samo, a nawet mniej niż za lurę z mlekiem. Katowice, sąsiadujące z Gliwicami, mają o wiele lepszą ofertę, jeśli chodzi o kawiarnie. Wrocław to już pewnie w ogóle sztos. Chętnie poczytam o tamtejszych kawiarniach 😉 Byłam tam ze trzy razy w życiu, ale dla kawy przyjadę znowu!

      Polubione przez 1 osoba

  2. martarodzik pisze:

    Dobrze wiedzieć gdzie co podają odwiedzając nowe miejsca. Kawa jest ważna szczególnie w poniedziałki 🙂 Zapraszam do mnie, pozdrawiam i obserwuje.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s