Doradztwo filozoficzne i coaching na UŚ – czyli skończyłam studia i dzielę się wnioskami

W poniższym poście opowiadam o kierunku Doradztwo Filozoficzne i Coaching dostępnym na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach, na Wydziale Nauk Społecznych. Nie odnoszę się do innych uczelni, na których oferowane są podobne kierunki.

Trzy lata temu, gdy odpowiadałam na pytania dotyczącego tego co studiuję, zwykle dostawałam podobny zestaw reakcji. Zestaw Zdziwionego Interlokutora. Wybałuszone oczy, wydłużone Ahaaa i na zmianę pytania typu A co to ten kołaczing oraz Serio, są takie studia? Dochodziły jeszcze pytania Ale to jakiego sportu będziesz uczyć po tym coachingu?, i wiele innych, świadczących o niepełnej lub zerowej świadomości rozmówcy. Mijały kolejne miesiące, świadomość rosła, bo mnożyło się różnego rodzaju scenicznych dziwaków, którzy dostawali dużo pieniędzy za wystarczająco głośne i częste powtarzanie MOŻESZ WSZYSTKO, JEŚLI BARDZO CHCESZ (caps lock dla podkreślenia dramatyzmu). Nazywali się coachami, bo modne, bo na czasie i brzmi tak jakby byli zawodowcami w dziedzinie rozwoju osobistego, ukrywając tym samym fakt, że jedyną formą rozwoju zawodowego (nie nazywajmy tego nawet wykształceniem) był dwudniowy, internetowy kurs coachingowy za 29,99zł przeceniony z 39,99zł, a także obejrzenie wszystkich materiałów Kołcza Majka na Youtubie. Nie ma się więc co dziwić, że po trzech latach zestaw reakcji się zmienił i Interlokutor mało kiedy już Zdziwiony, z czasem za to Zażenowany, w odpowiedzi na Doradztwo filozoficzne i coaching, z pobłażliwym uśmiechem kierował głowę w dół, ślepia pusto wlepiając w podłogę, tak jakby chciał mi niewerbalnie pokazać, na jakim poziomie ocenia ten kierunek. Gdyby mógł, to by wzrokiem wykopał drugi Rów Mariański, bo niektórym skala 0-10 nie wystarczała. I bynajmniej nie oznacza to, że chcieli dać więcej.

Przez długi czas bardzo broniłam dziedziny coachingu, macie zresztą na to dowody (link or it didn’t happen, ok, proszę bardzo: 1, 2, 3, 4). I nie chodzi o to, że dziś jest zupełnie odwrotnie i, że piszę wraz z dziesiątkami innych erudytów komcie na fanpage’u Zdelegalizować coaching i rozwój osobisty, bo po pierwsze, nie wiem jakie traumatyczne życiowe wydarzenia musiałyby doprowadzić mnie do sytuacji w której spędzam czas na regularnym krytykowaniu czegoś co mnie w ogóle nie interesuje, a po drugie, moja opinia o coachingu nie zmieniła się wcale jakoś diametralnie, o 180 stopni, więc nie chodzę i nie głoszę zupełnie innych poglądów co trzy lata temu. Nie mogę jednak ukryć, że już nie świergolę o moich studiach na lewo i na prawo, nie zaczytuję się w książkach coachingowych, a już na pewno nie myślę realnie o pozostaniu coachem.
No i dochodząc do meritum – trochę to wszystko wina studiów, które zabiły (ok, dźgnęły, bo „zabiły” to mocne słowo; dźgnęły dotkliwie) moją początkowo naprawdę silną zajawkę tą dziedziną.

Chcę zaznaczyć, że nie chcę nikogo urazić ani nie chodzi mi tu o szyderę czy (drażliwe słowo alert) hejt. Bardzo doceniam cały zamysł stworzenia takiego kierunku. Dobrze widzieć, że wchodzą do uniwersytetów nowe dziedziny i, że oprócz socjologii, politologii i kulturoznawstwa, jest jakaś inna oferta w zakresie nauk humanistyczno-społecznych, bazująca na rozwoju społeczno-naukowym XXI wieku. Drodzy informatycy, ekonomiści i prawnicy, wy nie macie takich problemów. Niestety przeciętny szarak humanista po ogólniaku, niemający zielonego pojęcia co chce w życiu robić, z reguły składa papiery na psychologię, na którą się najczęściej nie dostaje (lub rezygnuje po semestrze, bo #przyrka) i wtedy musi włączyć tryb kombinatorka. Się śmiejcie, ale na Doradztwie sporo było takich osób co tam skończyło, bo się nie dostało na psychologię.

Zacznę od subiektywnej opinii. Zaczęłam te studia mając 21 lat. Miałam już za sobą jeden rok na innym kierunku – filologii francuskiej na Politechnice Śląskiej, zatem wiedziałam już jak mniej więcej studia wyglądają. Zajęcia pięć dni w tygodniu, prawie codziennie na 8:00, bardzo mało dni wolnych, regularne weryfikowanie naszej wiedzy (kartkówki, sprawdziany, prezentacje). Na całym roku było jedynie 25 osób, więc wszystkie zajęcia miały charakter ćwiczeń. Byłam już trochę „zahartowana”, dlatego jak poszłam na Doradztwo przeżyłam lekki szok, bo wszystko wyglądało zupełnie inaczej niż na poprzednim kierunku. Jakakolwiek impreza, wydarzenie, dzień między weekendem, a jakimś wydarzeniem czy świętem – albo wolne, albo rektorskie, albo dziekańskie. Każdy powód był dobry, by dać studentom odetchnąć (jakby mieli od czego). Bardzo dużo zajęć odwoływali też prowadzący. Praktycznie zerowe poczucie obowiązku, znikoma ilość sprawdzianów/kartkówek, mała ilość zajęć (czasami dojazd zajmował mi więcej niż same zajęcia), niekiedy lekceważące zachowanie prowadzących, którzy zdawało się, jakby sami nie traktowali poważnie tego kierunku. Widać było, że zainteresowanie studentów spadało z każdym rokiem. Jeśli ktoś odpadał, to tylko z powodu rozczarowania bądź znudzenia, nigdy z powodu tego, że czegoś nie zdał. Nie było w ogóle takiej możliwości, by czegoś nie zaliczyć i nie zdać roku. Na filologii francuskiej miałeś trzy terminy i jak nie zdałeś za trzecim, to adios, a tu mogłeś mieć nawet 13 terminów, jeśli prowadzącemu chciało się przyjeżdżać tyle razy na uczelnię.
Jedni powiedzą Ty, no to genialnie!
Czy ja wiem czy tak genialnie… Mi osobiście w ogóle się to nie podobało. Te studia mają na prawdę duży potencjał, ale nad czym moim zdaniem warto popracować, to nad odpowiednim doborem wykładowców, bowiem część z nich, swoim podejściem, regularnym odwoływaniem zajęć bądź czasem nawet zerowymi wymaganiami budowała u studentów poczucie braku jakichkolwiek zobowiązań. Gdy pojawiał się ktoś, kto wymagał czegoś więcej niż pojawienia się na wpisach do indeksu, gdzie rozdawano darmowe trójki, to część studentów czuła się obciążona i biadoliła, że musi się uczyć. Nie mówię tego z przekąsem, bardziej z lekkim współczuciem, bo studia powinny jednak pokazać nieco inną drogę przyswajania wiedzy, a nie po prostu inną drogę przejścia przez kolejny proces edukacji. Mam wrażenie, że przez jeden rok liceum miałam więcej nauki niż przez te trzy lata studiów. I wbrew pozorom taki tryb studiów zniechęca studentów, bo zdecydowana większość jest gotowa na naukę i na liczne zajęcia. Były osoby, którym naprawdę nie chciało się dojeżdżać dwie godziny w jedną stronę, po to, by na uczelni spędzić 1,5h. Nie wiem więc dlaczego te unikanie prawdziwego, systematycznego nauczania. I żadne argumenty typu „Studia to nie jest szkoła średnia” do mnie nie przemawiają, to, że nauka na studiach różni się od nauki w liceum/technikum nie wyklucza tego, że wciąż jest to nauka i, zwłaszcza na kierunkach społecznych czy humanistycznych, warto jest trochę podkręcić wymagania wobec niej czy też kwestie organizacyjne jak ilość i częstotliwość zajęć.

FAKTY:
1) Nie jest trudno się dostać, bo po pierwsze, miejsc jest dużo, a wymagania nie są wysokie. Gdy ja się rekrutowałam, czyli w 2015 roku, ten kierunek nie był aż tak popularny. Zaczęliśmy z liczbą 160 osób. Z tego co widzę, na dzień dzisiejszy [20 lipca, czyli po pierwszej rekrutacji] zapisało się 183 osoby, przy limicie 150, więc widać, że zainteresowanie wzrosło, bo jestem niemal pewna, że trzy lata temu liczba zapisów nie przekroczyła limitu miejsc.
2) Wszystkie zajęcia odbywają się w Katowicach w obrębie 1-3 wydziałów położonych blisko siebie. Jedyne zajęcia, które mogą odbywać się w innym mieście to lektorat z języka, ale to zależy od was, bo to wy sami sobie wybieracie dogodną terminowo i lokalizacyjnie grupę.
3) Gotowego planu zajęć nie otrzymujecie. Na cudownej stronie jaką jest USOS wyznaczana jest konkretna data i godzina rejestracji na zajęcia. Polega ona na tym, że cały rocznik w konkretnym momencie, po ówczesnym zalogowaniu się na stronę, odbywa batalię o miejsca w zaplanowanych przez siebie wcześniej grupach. Połowie się nie udaje i kolejne trzy dni chodzą po korytarzu uczelni biadoląc o swojej porażce i argumentując ją tym, że a) wywalił ich usos, b) wyskoczył im error, 3) kot siadł na klawiaturze, a wiadomo, jak ci kot siądzie, to tego człowieku nie przeskoczysz. Prawda jest taka, że w rejestracji nie chodzi wcale o refleks czy szybkość, ale o sprawny Internet i spryt. A jeszcze prawdziwsza prawda jest taka, że najczęściej nie ma ta cała szarpanina większego znaczenia, bo i tak możesz sobie potem ustalić z prowadzącym, że chcesz inną grupę (tylko jak coś to nie wiecie tego ode mnie, ok). Nie z każdym tak się da! Ale z reguły nie ma problemu.
4) Z każdym kolejnym semestrem jest mniej zajęć, co oznacza, że zaczniesz studia dorabiając sobie w weekendy, a skończysz będąc już na całym etacie. Serio, zajęć jest bardzo, bardzo mało. Na początku były 1-2 dni wolne, a na ostatnim semestrze w sumie można było sobie tak ułożyć plan, że przychodziło się na uczelnię raz w tygodniu.
5) Jedyne egzaminy jakie macie to te w sesji. Regularne kartkówki czy sprawdziany były tylko na lektoracie z języka i w ogóle, lektorat był jedynym, takim typowo szkolnym przedmiotem. Są egzaminy pisemne i ustne, ale jakie by nie były, to raczej nie dało się ich nie zdać, bardzo mało kto musiał się fatygować we wrześniu, byli to raczej ci, którzy z jakichś powodów nie mogli pojawić się w czerwcu, a nie dlatego, że nie zaliczyli za pierwszym razem. Terminów było zwykle „do oporu”, ale też mało który przedmiot wymagał takiego zachodu, by zdawać go potem osiemnaście razy i dalej nie zdać.

Przedmioty:
MiNC, czyli Metody i Narzędzia Coachingu (ćwiczenia/cały 1-szy rok).
Tak naprawdę istota pierwszego roku. Zajęcia są prowadzone przez profesjonalistkę i opierają się głównie na praktyce. Po krótkim omówieniu teorii, przechodzicie do indywidualnych sesji coachingowych prowadzonych przed całą grupą oraz do różnych ćwiczeń w mniejszych grupkach, a także ćwiczeń grupowych, np. wizualizacja. Gdy opanuje się materiały z tych ćwiczeń, będzie już dobra baza do przyswojenia nowej wiedzy na kolejnych tego typu przedmiotach.
Podstawy filozofii (ćwiczenia i wykład/pierwsze dwa lata), filozofia polityki (ćwiczenia i wykład/5-ty semestr).
Tu wiele zależy od tego na kogo traficie. Zwykle zdążycie przerobić starożytność, może średniowiecze. Na filozofię polityki weźcie dobrą książkę albo podusię. Jeden z najbardziej wymagających przedmiotów, więc uczyć się trzeba, ale nie wiem jak bardzo pobudzeni byście musieli być, by wyciągnąć coś z tych wykładów.
– Podstawy logiki (ćwiczenia i wykład/cały 1-szy rok).
Na pierwszym semestrze jest jeszcze ok, można bez większego wysiłku mieć tą piątkę w indeksie. I chociaż większość strasznie stęka, że nic nie kuma i w ogóle po co im ten głupi przedmiot, to wszyscy zdają bez problemu.
Psychologia ogólna (ćwiczenia i wykład/1-szy semestr), psychologia społeczna (2-gi semestr), psychologia emocji i motywacji (3-ci semestr).
Najciekawszy przedmiot na pierwszym roku i na pewno jeden z lepszych na całym kierunku. To nie jest tylko moje zdanie, bardzo dużo osób chwaliło sobie te zajęcia. W jakimś stopniu to niewątpliwie zasługa prowadzącego.
Teorie kształtowania postaw (ćwiczenia i wykład/1-szy semestr).
Ja bym powiedziała, że to takie połączenie filozofii i psychologii. Zajęcia polegały na przedstawieniu referatu przez studenta i późniejszej dyskusji na temat jego wypowiedzi, a że najczęściej były one dobrze dobrane, to zajęcia te były całkiem interesujące i skłaniające do refleksji. Może, że osoba referująca się nie pojawiła na uczelni, to nikt nie skłaniał do refleksji, bo zajęcia były odwoływane, iks de.
Trening interpersonalny (ćwiczenia/1-szy semestr).
Zajęcia prowadzone w bardzo małych grupkach. Miały na celu odkrycie siebie, poznanie innych, praktyczne poznanie różnych psychologicznych mechanizmów poprzez różne ćwiczenia, zadania, rozmowę. Kończyły się tym, że każdy mówił coś o każdej osobie z grupy, np. jakie ta osoba sprawia wrażenie, co się jej w niej podoba, itp., co było trochę creepy i niezręczne, ale jednocześnie mega pozytywne.
Warsztat pracy akademickiej (ćwiczenia/na szczęście tylko 1-szy semestr).
Jeden z najbardziej nielogicznych przedmiotów na tych studiach, które polegały na 1,5-godzinnym słuchaniu teorii na temat pisania pracy licencjackiej, którą to i tak po pierwsze nie wiesz czy będziesz pisał, a po drugie wiesz, że zapomnisz wszystko tydzień po dostaniu wpisu do indeksu (o ile w ogóle cokolwiek tam przyswoiłeś), a co dopiero liczyć, że ta wiedza zostanie ci na trzy lata. Dziwne, nudne, niepotrzebne.
Etyka ogólna (ćwiczenia i wykład/2-gi semestr), etyka biznesu i etyki zawodowe (3-ci semestr).
Jak zrobić, żeby napakować więcej filozofii, a, żeby się nie skapnęli głupie studenty? Nazwać przedmiot etyką. Spoko, po pierwszych zajęciach już będziecie wiedzieć, że etyka ogólna to nic innego jak podstawy filozofii vol.2. (Etyka biznesu to już inna bajka, żadnej filozofii, ino byznes i piniondz. Bywało nawet ciekawie).
Aksjologia i prakseologia (ćwiczenia i wykład/4-ty semestr)
Jak wyżej.
Filozoficzne wzorce sztuki życia (ćwiczenia i wykład/4-ty semestr).
Jak wyżej. Jedynie na ćwiczeniach jest szansa, że jak dobrze traficie, to się dowiecie czegoś o doradztwie filozoficznym. Jak traficie źle, to się nie dowiecie już nigdy, raczej nikt wam tego nie wytłumaczy, bo nikt nie wie o co chodzi.
Sztuka argumentacji i techniki manipulacyjne (ćwiczenia/3-ci semestr).
Można powiedzieć, że przedłużenie logiki i metodologii badań z pierwszego roku.
Metodologia badań (ćwiczenia i wykład).
Trochę taka przedłużona logiki i przedłużeń logiki, o których już wspomniałam. Dużo pisania na tablicy. Momentami poczujecie się jak na matematyce. Dobrze jest przypomnieć sobie jej podstawy dla świętego spokoju.
Teorie coachingu (ćwiczenia i wykład/3-ci semestr).
Przedłużony MiNC.
Warsztaty coachingowe z superwizją (ćwiczenia/4-ty semestr).
Jak wyżej.
Modele racjonalności (ćwiczenia i wykład/3-ci semestr).
Na ćwiczeniach filozofia, o wykłady nie pytajcie.
Antropologia filozoficzna i kulturowa (ćwiczenia i wykład/3-ci semestr).
Najbardziej pochrzaniony przedmiot na tych studiach, zdecydowanie najwięcej nauki i najwięcej stresu przy zaliczeniu. Niby #dalejfilozofia, ale jednak ta nowożytna, a ona się cechuje tym, że jest tak cholernie niezrozumiała, że #studentpłakałjaksięuczył i z utęsknieniem wspominał, gdy to uznawał Platona za trudnego do ogarnięcia. Parska więc śmiechem i wraca do wykuwania filozoficznych abstrakcji współczesnych, ekhem, myślicieli.
WF (no zgadnijcie/drugi rok).
Jak się poprzecie odpowiednim papierkiem, to nie musicie udawać, że ćwiczycie i można iść na teorię z wuefu. Szybko się zorientujecie, że to, że poszliście na teorię, nie oznacza, że możecie bimbać cały rok, słuchając o budowie rakiety do tenisa. Na teorii z wuefu są prezentacje multimedialne przygotowywane przez studentów na zaliczenie. Nikt nie mówi, że to jest ciekawe, ale zawsze nieco lepsze od 1,5-godzinnego pocenia się.
Warsztaty mediacyjne (ćwiczenia/5-ty semestr).
Połowa niczego nie rozumie, 1/4 udaje, że rozumie, a reszta faktycznie coś ogarnia. Niiiby coś tam trochę elementów metodologii badań jest, ale raczej jest to inna działka. Sporo teorii, sporo nauki, nie wszyscy mieli tak z górki, żeby to zaliczyć.
Translatorium, konwersatorium, estetyka przekazu – to są trzy osobne przedmioty (ćwiczenia/5-ty semestr + translatorium też 6-ty semestr).
Tu wszystko zależy od prowadzącego. U jednego jest bardzo dużo pracy, u innego nie ma jako tako nawet stałych zajęć. Na translatorium generalnie tłumaczycie teksty coachingowe z angielskiego na polski; na konwersatorium (nieśmieszny żart blogera alert) konserwujecie ogórki, a tak serio, konwersujecie po angielsku, a estetyka przekazu, szczerze powiem, nie wiem na czym polega, bo specjalnie nie chodziłam (#obecnośćnieobowiązkowa).
Zarządzanie kapitałem ludzkim (ćwiczenia/6-ty semestr).
Nazwa mówi wszystko, nic nie trzeba tłumaczyć. Wszyscy ładnie zdajo.

+ Na trzecim semestrze dochodzą wam wykłady fakultatywne, jest kilka grup, prowadzonych przez różnych wykładowców, którzy mają różne tematy owych wykładów, więc albo wybieracie sugerując się tematem albo prowadzącym. Wykłady fakultatywne są do końca studiów.
+ Na czwartym semestrze dochodzą też proseminaria, które są właściwie drugim wykładem fakultatywnym. Są do końca studiów
+ Na ostatnim roku dochodzi też seminarium, ale jego charakter też mocno zależy od promotora. Niektórzy ustalają regularne spotkania w celu omówienia postępów nad pracą licencjacką członków swojej grupy, a inni robią jedno spotkanie na początku października, a potem pchaj się do nich na konsultacje, biedny studencino.
+ Przez dwa pierwsze lata jest też lektorat z języka obcego, który kończy się dużym egzaminem końcowym na drugim roku w sesji letniej.

Odpowiadając na pytanie w tytule – i warto, i nie. Myślę, że każdy sam musi odpowiedzieć sobie na to pytanie. Zawarłam w tekście wszystkie podstawowe informacje, na bazie których można wyrobić już sobie wstępną opinię.
– jeśli nie przywiązujecie do studiów większej wagi, ale prezentujecie postawę „coś skończyć wypada”,
– jeśli nie wiecie co chcecie w życiu robić, możliwe, że na tych studiach wpadną wam jakieś pomysły. Ja widzę, że sporo osób poodkrywało swoje prawdziwe pasje w trakcie studiowania. Myślę, że wynika to z faktu mocnego zgłębiania swojego „ja” podczas niektórych zajęć. Filozofia, coaching, psychologia mają to do siebie, że bardzo pobudzają do refleksji, co często skutkuje nowymi przemyśleniami, a więc też nowymi odkryciami i ostatecznie krokami i życiowymi zmianami,
– jeśli lubicie filozofię lub jeśli interesuje was dziedzina coachingu (lub to i to). To oczywiste, jeśli filozofia was nie nudzi, a coaching nie wywołuje jedynie parsknięcia śmiechem, jest szansa, że się wam spodoba,
– jeśli pracujecie/macie dzieci/wiele różnych dodatkowych zajęć. Jak pisałam wyżej, te studia łatwo pogodzić z dodatkowymi aktywnościami, czy to zawodowymi, czy rodzinnymi.

Nie warto natomiast rozpoczynać tych studiów, jeśli nastawiacie się na studencką rzeź, czyli jakieś kucie po nocach, wlewanie w siebie dwudziestu litrów kawy, chodzenie z zapałkami w oczach, przyjemną, masochistyczną satysfakcję z groźby kampani wrześniowej… Obok WNS jest Wydział Prawa i Administracji, Wydział Biologii i Ochrony Środowiska czy Wydział Matematyki, Fizyki i Chemii, więc jeśli nie chcesz mieć życia, to może tam się zarekrutuj?

Ostatnia rada: na tych studiach, w zależności od prowadzących, możesz się dużo dowiedzieć, jednak możesz jeszcze raz tyle nauczyć się sam w domu, co też zresztą bardzo polecam. Popytajcie w razie czego wykładowców o jakieś ciekawe pozycje książkowe, chociaż większość z nich z reguły podaje swoje propozycje na początkowych zajęciach. Jeśli zdobędziesz możliwość popracowania sobie w jakimś centrum szkoleniowym, biurze zawodowego coacha czy instytucie coachingowym, korzystaj z tego! Ostatnio coraz więcej powstaje takich miejsc, więc nie powinno być trudno, a zawsze będziecie mieli nieco łatwiejszy start po studiach, w porówaniu z kolegami, którzy na rynek wchodzą goli i wesoli. To znaczy, najczęściej niewesoli, bo kończą w Maku, ale to inna historia.

Gdyby ktoś was miał jeszcze jakieś pytania, piszcie.

Jedna myśl w temacie “Doradztwo filozoficzne i coaching na UŚ – czyli skończyłam studia i dzielę się wnioskami

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s