Czym tak NAPRAWDĘ jest coaching

Nie powinno mnie tu być. Nie mówcie nic mojemu promotorowi, ok?

Oj, jak tęskniłam. W końcu odblokowali wyszukiwanie po tagach i mogę sobie odwiedzać wasze blogaski. Wy widzę również nie próżnujecie, nawet ostatnio jakieś rekordy odwiedzin pobijacie, wariaty. Miło. Dzięki.

Mam półkę z książkami do przeczytania. Od kilku miesięcy stała sobie na niej pewna książka od Jenny Rogers. Jest dosyć spora i dosyć gruba. Ma taką czerwoną naklejkę na okładce: „Nowa, rozszerzona edycja bestsellera!”. Co jakiś czas odnosiłam wrażenie jakby ta naklejka wołała do mnie: No laska, nie ignoruj mnie, jestem nowa, jestem super, ludzie mnie kupują, a z tobą co. Kupiłam pewnego dnia Żulczyka, postawiłam obok Rogers, a że okładka Żulczyka dla odmiany cała czerwona, to się Jenny na chwilę uspokoiła. Myślę sobie: Cholera, 350 stron tekstu, rozbój w biały dzień. Ale dobra, show me whatcha got.

Czy opłacało się poświęcać czas na czytanie encyklopedii coachingowej zamiast na pisanie pracy licencjackiej? Pewnie nie, z oczywistego punktu widzenia. Ale, for heaven’s sake, idąc tym tropem, to nic tylko cykać w klawiaturę w pliku Licentiate i wertować te filozoficzne pitu pitu. Nie pić, nie jeść, nie spać. A mi się już mózg lasuje od tej filozofii, proszę trochę tego coachingu. Żeby życie miało smaczek raz Epikur, raz kołcz majczek.(Żartuję, nie lubię kołcza majka. Ale to już chyba wiecie.)

Zacznijmy od tego, że książka jest naprawdę długa. Naklejka nie kłamała, rozszerzona edycja jak nic. Oryginalny tytuł brzmi tak: „Coaching Skills: The definitive guide to being a coach”. Lubicie liczby, a więc: 14 rozdziałów, dwa załączniki pod postacią przykładowych sesji. I jak wspomniałam, stron niemal tyle ile dni ma rok. Autorka na początku tłumaczy czym jest coaching, oczywiście przechodząc przez wszystkie te powszechne odniesienia coachingu do innych dziedzin, w tym psychoterapii.
Bardzo spodobało mi się nawiązanie do Sokratesa. Jako studentka kierunku na którym pakuje się nam filozofię jak Gerberki niemowlakom (trochę na siłę, czasem smaczne, czasem da się tylko wypluć), już na samym początku studiowania zauważyliśmy powiązanie filozofii i metodologii pracy Sokratesa z obecnym coachingiem. Nie przypominam sobie, by ktokolwiek inny w swojej książce o tym wspomniał.
Dla kogoś, kto ma już jakieś pojęcie o coachingu te pierwsze strony nie będą żadnym odkryciem, bo zakładam, że każdy kto się interesuje tym tematem, zna podstawowe zasady coachingu i jego rodzaje, przykładowe cele sesji coachingowej oraz różnice między coachingiem, a innymi dziedzinami takimi jak psychiatria, psychoterapia, poradnictwo psychologiczne, mentoring, konsulting, szkolenia i innymi szaleństwa, które zapewne jeszcze powstaną.
Zatem, mamy kochani dopiero 36 stronę. Tu powoli przestawałam ziewać. No, przepraszam, ale uczyłam się już tego trzy lata temu.

Autorka następnie opisuje istotę relacji między coachem, a klientem opisując możliwości zachowań zarówno klienta jak i coacha. Owe zachowania, zaczerpnięte prosto z psychoterapii, jakby nieco zaprzeczały temu, co autorka pisała zaledwie 15 stron wcześniej. W sensie, okej, ja nie mam nic przeciwko, powiem więcej, jestem nawet za! Piętnasta książka z rzędu o podobnej treści mogłaby sprawić, że i tak już niska szansa na sięgnięcie po kolejną, otarłaby by się teraz o okrąglutkie zero. Omówienie tych zjawisk, prawdopodobnych do pojawienia się w trakcie sesji coachingowej, rzuca nowe, ciekawsze światło na tytułową dziedzinę. Coaching to nie tylko coaching. Coaching ma zaplecze, które nie jest przecież coachingowe, jest psychoterapeutyczne, a więc jest psychologiczne, a więc jest też religijne, filozoficzne i medyczne. Coaching ma swoje zasady, ale jest oparty na czymś więcej niż tylko „najnowsze badania z dziedziny rozwoju”. Sokrates, pamiętacie?

Autorka wspomina o placebo i nocebo. Pisałam o tym niedawno (zapraszam). Mówi, że to samo co działa w gabinetach lekarskich, działa też w miejscu spotkań coacha i klienta. Jeśli zarówno klient, jak i coach (zwłaszcza ten niedoświadczony) będą mieć przekonanie o skuteczności całego procesu i będą wierzyć w moc procesu coachingowego, to większe prawdopodobieństwo, że będzie happy end. To samo jest zresztą z psychoterapią, w każdej książce wam o tym powiedzą.
Podobał mi się fragment dotyczący ewentualnej szkody jaką coaching może wyrządzić klientowi. No właśnie, może? Autorka pisze: Możemy marnować czas klienta. Możemy klienta zanudzać. Możemy go irytować. Możemy zasypywać klienta niechcianymi i niewłaściwymi radami. Możemy zawstydzająco kiepsko pracować – ale wyrządzić prawdziwą, trwałą krzywdę? Nope. No, Jenny, znowu coś, czego nikt inny nie napisał. Serio się postarałaś z tą rozszerzoną edycją.

I tak sobie czytam i czytam i czytam. I nagle, BACH. W sensie, nie taki Bach, że Jan Sebastian. Taki bach, że jedno zdanie na 79 stronie uświadomiło mi czym coaching jest tak naprawdę. Podrozdział na tej stronie poruszał problem nawiązania przyjaźni klienta i coacha. I sam ten fragment nie jest jakiś super odkrywczy, aż do momentu: Klient płaci coachowi za pełne empatii, obiektywne spojrzenie.
No, dobra, Kasia, ale gdzie jest ten bach, co w kulki lecisz, dawaj ten przełomowy njus. No właśnie dałam. Te powyższe zdanie uświadomiło mi, że coaching jest w pewnym stopniu skutkiem ubocznym przemian cywilizacyjnych. Tych przemian przed którymi przestrzegał Bauman. Tych przemian, które powodują choroby cywilizacyjne. Tych przemian, które sprawiają, że tracimy poczucie tożsamości, obezwładnia nas stres, cierpimy z powodu zaburzeń na tle nerwowym, stajemy się smutni i zgorzkniali. W dobie posiadania siedmiuset przyjaciół na Facebooku i pięciuset czterdziestu dwóch obserwatorów na Instagramie, musimy płacić komuś, by nas, pełen empatii i obiektywnego spojrzenia, wysłuchał.
To nie jest złe. To jest tylko trochę przykre.
[To, do dalszego indywidualnego rozważenia dla was.]

Kolejny rozdział. Neurobiologia. Rogers, coraz bardziej zaczyna mi się tu u ciebie podobać. Zwróciła ona uwagę na coś, co faktycznie da się zauważyć. W filmach science fiction nie oglądamy już statków kosmicznych, broni laserowej ani zielonych ludzików ze śmiesznymi głowami (Yoda by nie był zadowolony, Jennifer. Twoje imię oznacza oślicę, byłoby ci miło, jakby tak na ciebie mówiono? Zielony ludzik, ech…).
Ale nie da się jej zaprzeczyć. Statki, rzecz jasna, dalej są, co by nie sądzić o najnowszych produkcjach gwiezdnowojennych, broń laserowa też. Jednak kto załączy sobie „Iron Mana”, którąkolwiek część „Avengersów”, zauważy już, że machanie łapami na zmianę superbohaterów i antagonisty nie bije już szczytów popularności w możliwościach zaangażowania kinomana w daną produkcję. Mamy niesamowite połączenie biologii z psychologią, technologią i współczesną medycyną. Często jest to grząski grunt, ale pozostając na etapie filmów, przypuśćmy, że możemy sobie spekulować do woli bez większych obaw. Incepcja, Avatar, przykłady z innej beczki, ale też dobre przykłady.
Mózg. To jest teraz słowo klucz. Nie laserowy mieczyk. I teraz znów – małe bum. Coach powinien być na bieżąco z podstawami neurobiologii. Czyli nie wystarczy jednak tylko ta empatia i obiektywizm. Jakaś wiedza musi być. Autorka wylicza i krótko opisuje: mózg emocjonalny, ciało migdałowate, korę przedczołową, czyli coś co raczej każdy siedzący, chociaż na jednym półdupku, w temacie, raczej kojarzy. Kojarzycie? No mam nadzieję.

Dalej. Język coachingu. Trochę powrót do korzeni, czyli zaś – co wolno, czego nie wolno. Suche zakazy i nakazy. Nie lubimy tego, co nie? No, ale kochani. Wszędzie coś musi być. Do cappuccino dajemy jedną porcję espresso, na kasie w Empiku macie obowiązek oferowania produktów na tej kasie się znajdujących, a pracując w szkole macie milion papierków do wypełnienia, bo biurokracja to świętość w każdej placówce oświaty.
Coś trzeba, czegoś nie wolno, coś można, a czegoś innego nie warto.
Norma. I coaching nie jest tu wyjątkiem.

Następne rozdziały dotyczą różnych szczegółowych aspektów procesu coachingowego, rozwiniętych względem tego, co możemy przeczytać w innych tego typu książkach.
Aż docieramy do ciekawostek.
Taki rozdział powinien pojawić się w każdej pozycji, traktującej o czymkolwiek związanym z relacją opartej na pomocy drugiemu człowiekowi. A mianowicie: BYCIE MIŁYM TO NIE WSZYSTKO. Już się nasłuchałam w życiu opowieści jednosemestrowych studentów psychologii, którzy wybrali ten kierunek, bo im koleżanka powiedziała, że są tacy mili i kochani, że nadają się na psychologów. Aha. Super. Szkoda, że potem taki miły i kochany przyszły niedoszły psycholog, okazywał się takim wypierdkiem mamuta, bojącym się własnego cienia, że wiał po kilku miesiącach uczenia się biologii na zarządzanie i inżynierię produkcji.
Coachowi też nie wystarcza bycie miłym. To oczywiste, że nie może być ostatnim chamiskiem (może, że to coaching prowokatywny, więcej o nim tu), musi wytwarzać atmosferę wsparcia, ale musi być przy tym ogarnięty życiowo i sam musi swoją postawą wzbudzać u klienta chęć podejmowania wyzwań. Kawa na ławę. Coaching to zmiana w życiu klienta, a nie, że sobie chłopina przyjdzie poklachać i herbatę wypić. Za coś ten coach już musi brać tę forsę. A jeszcze nie widziałam żadnej herbaty za 300 zł.

Książka cudownie odpowiada również na wszystkie pytania jakie moglibyście zadać odnośnie sfery technicznej spotkań, superwizji, a także sytuacji kryzysowych czy niepewnych. Generalnie jest tego naprawdę sporo. Ciężko jednoznacznie stwierdzić, czy to najbardziej wyczerpująca książka z wszystkich napisanych o coachingu, bo nie przeczytałam wszystkich, ale z pełną odpowiedzialnością stwierdzam, że na pewno jest jedną z lepszych, pewnie w TOP5 by się mogła znaleźć. Skondensowana wiedza dla osób, które na serio interesują się tytułową dziedziną, nie mówiąc już o przyszłych (i obecnych) coachach, bo w ich przypadkach to pozycja niewątpliwie obowiązkowa. Ale to nie znaczy, że reszta śmiertelników już nie może po nią sięgnąć, takie rozbudowane pozycje zawierają zawsze puszystą dawkę wiedzy z zakresu psychologii i podobnych dziedzin. Dla każdego coś się znajdzie.

Wielkie dzięki za książkę wydawnictwu GWP. Książkę znajdziecie i zamówicie tu: https://www.gwp.pl/coaching.html


PS. Recenzja jest moja. Tylko to co podkreślone jest słowem świętym należącym do autorki. Pogrubione zdania to moje własne, ważne wnioski. A reszta to radosna twórczość mojej skromnej osoby, równie radosnej blogerki, która już z niejednego pieca chleb jadła i trochę się już w życiu naczytała mniej lub bardziej mądrych coachingowych rozważań. Gdzieniegdzie mała parafraza Jennifer. Nie mówię, że to idealny wzór recenzji, ale apel do recenzentów nie na pełen etat – przestańcie streszczać książkę i walić cytatami w co drugim zdaniu. Już nie będę wskazywać palcem, bo mam resztki wyrozumiałości. Ale czasem od tych odtwórczych wypocin na 350 słów robi się słabo. Recenzja nie jest wyłącznie od zachęcania do przeczytania, ale to nie znaczy, że można łoić szyderę na całej linii.

PS 2.Lajkujcie mi fanpejdża, dziubaski. Będę dbać o to miejsce dopóki zasięgi do reszty mnie nie wnerwią. Będzie się działo, będzie zabawa.

2 myśli w temacie “Czym tak NAPRAWDĘ jest coaching

  1. PsychoLogikaa pisze:

    Tak patrząc na polskim gruncie to dochodzę do wniosku,że coaching to przede wszystkim świetne narzędzi do robienia pieniędzy. To znaczy zawsze można powiedzieć,że te „cuda wianki” w postaci górnolotnych tekstów, mówienie tego,co ktoś chce usłyszeć i udawane zainteresowanie to nie prawdziwy coaching. Ale jednak mimo wszystko jest popyt na tego rodzaju usługi i w takiej formie.
    Oczywiście nie wrzucam każdego do jednego wora,nie,nie. Ale za dużo mamy tych „coachów”, „trenerów personalnych” i innych guru 😀

    Polubienie

    1. Sfera Rozwoju pisze:

      Niestety się zgodzę. Kiedy trzy lata temu zaczynałam studiować coaching, mało kto jeszcze wiedział cokolwiek na jego temat. Dziś mamy coachów na pęczki. Niby dobrze, fajnie, że ta dziedzina się rozwija, bo na pewno pomoże ona wielu ludziom. Jednak wyrosło, tak jak mówisz, tyle „coachów”, którzy płyną na fali obecnej mody na coaching, że powoli ta dziedzina traci na wiarygodności. Niby tak jak wszędzie – mamy dobrych i gorszych lekarzy, dobrych i gorszych fryzjerów, dobrych i gorszych prawników, jednak coaching to usługa-proces ze stałymi wpłatami klienta, i to wcale nie tania usługa. Teoretycznie nie wymaga wielkiej wiedzy – ot, podstawy psychologii, komunikacji interpersonalnej, regulaminu coachingowego. Nie wymaga też żadnej rejestracji, bo coach to w Polsce jeszcze nie zawód i zapewne długo się nim jeszcze nie stanie. Mówię „teoretycznie”, bo profesjonalista będzie dbał o rozszerzenie zakresu wiedzy o dodatkowe dziedziny, jak choćby wspomniana w tekście neurobiologia, a kompetencje poprze licznymi kursami czy szkoleniami. Niestety, widzimy jak jest.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s